Poniżej publikujemy Wam przedruk z wydawanego onegdaj w Polsce miesięcznika (a w pewnym okresie czasu tygodnika) Sportowiec. Artykuł ten opublikowano w 1973 roku. Zwracamy uwagę na szereg smaczków związanych z naszym klubem (pomijając oczywiste omyłki, jak "mediolański" Juventus czy określanie graczy Leeds i ich fanów mianem Walijczyków). Oceńcie wszakże tekst sami.

 

 

OD DNIA, W KTÓRYM DON REVIE POSTAWIŁ STOPĘ NA BOISKU PRZY ELLAND ROAD

 

Był wówczas najdroższym piłkarzem w całej Anglii. Zanim dotarł do Leeds grał w Leicester, Hull, Manchester City i Sunderland, a przy kolejnych transfe­rach jego cena wzrosła de osiemdzie­sięciu trzech tysięcy fantów. Miał opinię zawodnika myślącego lecz niezbyt kar­nego. W okrasie pobytu w drużynie manchesterskiej wyspecjalizował się w grze jako cofnięty środkowy napastnik. Nie był to w futbolu pomysł nowy. W taki sposób wykorzystywano Hidegkutiego w reprezentacyjnej jedenastce węgierskiej roku 1954: zajmował pozy­cję w pobliżu linii środkowej boiska jed­nak. o ile wymagała tego sytuacja, w każdej, chwili gotów był przejść do przodu. I właściwie tylko dzięki niemu, grającemu w ten sposób, Manchester City dwukrotnie zdołał dobrnąć aż do finałowego meczu o mistrzostwo ligi an­gielskiej.

W okresie gdy Don Revie podpisywał kontrakt, Leeds United był klubem, któ­ry przez czterdzieści lat swego istnienia nie dorobił się niczego. W gabinecie prezesa wśród drobnych pamiątek i proporczyków nie lśnił żaden puchar. Doszukiwanie się jakichkolwiek mi­strzowskich zdobyczy byłoby zwyczaj­ną stratą czasu, choć kronikarski zapis zaczęto już w 1904 roku.

Klub wystartował na zasadach ama­torskich pod nazwą Leeds City. Przeżył jakoś piętnaście sezonów, po czym de­cyzją Angielskiego Związku Piłki Noż­nej został rozwiązany, ponieważ kierownictwu udowodniono wynagradzanie zawodników premiami pieniężnymi. Przekwalifikowanie na status zawodowy nastąpiło błyskawicznie. Zmieniono również szyld: zamiast „Klub miasta Leeds” zaczął się odtąd nazywać „Zjednoczonymi”.

Ciągle drugoligowy Leeds United dopiero po czterech latach znalazł się w dole tabeli czołówki krajowej. Dobra passa trwała jednak zaledwie dwa sezony. W 1927 roku drużyna została zdegradowana. Tym razem szczęśliwie tylko na rok, lecz ta huśtawka między pierwszą a drugą ligą trwała jeszcze do pierwszych lat po wojnie. A przecież, w owym okresie, między wojennymi zawieruchami, przez kartoteki Leeds przewi­nęło się niejedno „wielkie nazwisko". Choćby na przykład skrzydłowy Wilt Copping, który wprawdzie już nieco później, bo w Arsenale, doczekał się sławy i miejsca w reprezentacji lub obrońca Bert Sproston jedenaście razy powoływany do kadry narodowej. W tym czasie największą siłą drużyny Leeds była właśnie obrona. Na jej czele przez szesnaście lat stał Ernie Hart.

 

I KRÓL CHARLES NIE POMÓGŁ

 

Odkrycie Johna Charlesa było zasługą majora Franka Buckleya, ówczesnego menażera klubu, słynącego ze wspaniałego węchu w polowaniu na graczy. W rok po zakończeniu drugiej wojny światowej natrafił na wyjątkowo uzdolnionego piętnastolatka, Walijczyka, stawiającego swe pierwsze piłkarskie kroki w prowincjonalnym, rodzinnym Swansea. Było to wielkie odkrycie. W Leeds John Charles zaczął, zgodnie z tradycyj­nym zwyczajem trenera, od defensywy, jako bocz­ny obrońca. Bardzo szybko jednak zmienił swą pozycję na miejsce środkowego napastnika. Tu już pozostał i zasłynął jako jeden z najwspanial­szych na świecie strzelców. Wszystkie najlepsze kluby europejskie składały mu oferty. Skusił go wreszcie mediolański Juventus. W 1957 roku do­konano transferu w zamian za czek w wysokości pięćdziesięciu pięciu tysięcy funtów. Kiedy po pięciu latach spędzonych pod słonecznym niebem Italii wrócił na wyspę na Elland Road, na której trenerskie rządy sprawował już Don Revie. Nie zagrzał jednak na niej długo miejsca. Pantoflo­wa poczta doniosła, że wbrew pompatycznym de­klaracjom nie zlikwidował wcale swoich intere­sów, me zerwał spółki z mediolańskim wspólnikiem ani nie sprzedał restauracji, którą mu prowadził jeden z przyjaciół. John Charles za­przeczał jednak jakoby wrócił na emeryturę.

Kredyt zaufania kibiców Albionu wobec „mar­notrawnego syna Leeds” był niemal bezgraniczny. Prasa przypominała jego zalety używając wyłącz­nie przymiotników najwyższego stopnia. Bodaj najbardziej charakterystyczna była wypowiedź Jimmy Murphy’ego, asystenta menażera Manche­ster United, Matta Busby’ego.

To prawdziwy filar ekipy. Dzięki niemu jede­nastka walijska odzyskała piłkarza równego Billy Wrightowi, Donny Blanchflowerowi czy Erikowi Caldowi. Wrodzony talent poparty logiką, odwa­gą, instynktem wodzowskim, mistrzostwem sztuki, umożliwia mu grę wszędzie, gdzie wystawi go trener. Gdyby to ode mnie zależało, nie pozwolił­bym mu nigdy zamknąć za sobą drzwi mego biu­ra, Charles to i dziś najwszechstronniejsi piłkarz brytyjski.”

John Charles nie potrafił jednak przystosować się na nowo do angielskiego stylu gry. Ponownie wyjechał do Włoch. Burzliwy okres zmian zakoń­czył ostatecznie zakotwiczeniem w charakterze gracza i równocześnie trenera – w Hereford Town, klubie, którego niestety próżno by szukać w ligowej tabeli.

Mimo pięknych dni za panowania „Króla Charlesa” reprezentacja Leeds ciągle nie stwarzała ry­walom najmniejszego zagrożenia. Dopiero w roku 1956 na sezon przed ostateczną utratą swojego asa atutowego, Charlesa, klub wydostał się z sze­regów drugiej ligi.

 

TRENER DOSKONAŁY

 

Don Revie, po krótkim, stażu zawodniczym, w marcu 1961 roku odebrał nominację na trenera. Pierwszym posunięciem godnym ręki mądrego taktyka było przekonanie menażera Everton, że Bobby Collins przydałby się bardziej Leeds. W zamian za dwadzieścia pięć tysięcy funtów transfer Szkota doszedł do skutku. Dziś suma ta wydaje się bardzo niska, lecz wówczas angielski pieniądz nie był jeszcze zdewaluowany, piłkarze nie drożyli się jak teraz a sam Collins miał już przekroczoną trzydziestkę. Oczywiście „Mały Ma­gik Szkocki” nie zawiódł pokładanych w nim na­dziei. Miał zmysł piłkarski na tyle silny, że od­działywał i pociągał innych graczy. Takich zwy­kło określać się mianem „lokomotywy”. Mimo dość sędziwego jak na, zawodnika wieku on właśnie trenował najzagorzalej. Był fanatykiem perfekcji, a formą chciał sprostać młodszym kole­gom. W drugim roku rządów Reviego, kiedy klub ciągle jeszcze tkwił w dolnych rejestrach klasy­fikacji ligowej, był to nabytek bezcenny. Jeszcze i dziś trener Leeds ciepło wspomina ile zawdzię­cza Collinsowi: Takich, jak on, już się teraz nie znajduje”.

Tak to inteligentne posunięcia trenera i obec­ność dobrego gracza w drużynie raz na zawsze uchroniły Leeds od ciążącego widma spadku do trzeciej ligi. Więcej, po dwóch latach, w 1964 ro­ku, klub zdobył mistrzostwo drugiej ligi, a pierw­szy sezon między „wielkimi” zakończył na drugim miejscu, za Manchester United, w dodatku z rów­ną ilością punktów i tylko ustępując gigantowi z Old Trafford niewielką różnicą zdobytych bra­mek. W następnym sezonie, kiedy Leeds ponow­nie zajął drugie miejsce, tym razem ustępując Liverpoolowi, Anglicy zaczęli pokpiwać, że widać nie przeznaczone mu być panną młodą i zostanie wieczną druhną!

Don Revie uchodzi za człowieka znającego swo­je obowiązki. Nie bawi się w trenera! On nim jest naprawdę! Jak dotąd jego autorytet nie zo­stał zachwiany mimo wielu po temu okazji. Ma zmysł oceny zawodnika szybszy niż inni znawcy przedmiotu. Dzięki temu bezbłędnie wyłuskuje z prowincjonalnych klubów amatorskich miejsco­we gwiazdy. Jak choćby z Sutton Johna Faulk­nera, który ma wszelkie dane zajęcia miejsca Jacka Charltona, kiedy ten zdecyduje się odwiesić buty na kołku. Poza tym Leeds ma od dobrych lat najlepiej opracowany system rekrutacji mło­dzieży szkolnej. Taka właśnie była droga do klubu Davida Kennedy’ego i Jimmy Lumsdena; pary obrońców i pary napastników – Chrisa Galvina i Paula Petersena oraz najsłynniejszego z nich Jacka Charltona.

Umiejętnie prowadzona drużyna wydostała się wreszcie także i na boiska po drugiej stronie ka­nału La Manche.

W sezonie 1965-1966 piłkarze Leeds United wystartowali w rozgrywkach o Puchar Miast Tar­gowych. Co prawda niezbyt fortunnie. Ceną za bezbramkowy wynik pierwszego meczu rewanżo­wego z Torino – na własnym boisku Leeds wy­grał 2:1 – była złamana noga Bobby Collinsa, co dla tego, trzydziestoczteroletniego wówczas, zawodnika równało się rocznemu wykluczeniu z gry. Druga czarna karta figuruje w opasłym to­mie kroniki klubu pod datą 2 lutego 1966 roku, dnia spotkania z Walencją. Holenderski sędzia Leo Horn dwukrotnie przerywał grę z powodu bójki między piłkarzami. Flegmatyczni Walijczy­cy, a szczególnie niesubordynowany Jack Charlton, okazali się równie krewcy co znani z gorącej krwi Hiszpanie. Nad porządkiem meczu rewanżo­wego czuwali do końca aż trzej arbitrzy szwaj­carscy! Ostatecznie Leeds przepadł w półfinale. Dopiero 11 września 1968 roku Leeds United, jako pierwszy klub brytyjski, zdobył Puchar Miast Targowych, po wygraniu w finale z Ferencvaros.

Nienasycony Don Revie nadal uważał, że obok zdobytych już lśniących nowością pucharów jest jeszcze miejsce na ten, za mistrzostwo Anglii. Zdobyli je w sposób bardzo przekonywający sześćdziesięcioma siedmioma punktami przy dwóch tylko meczach przegranych: z Burnley i Manchester City. Don Revie, zasłużył sobie na tytuł „Trenera Roku” i tysiąc funtów premii. Chodziły słuchy, że po tym sukcesie otrzymał ko­rzystną ofertę z Manchester United na objęcie stanowiska po Macie Busbym. Prezes Leeds i tym razem sprawę załatwił znanym powszechnie spo­sobem. Don Revie do dziś jest najlepiej zarabia­jącym menażerem w najbogatszym brytyjskim klubie.

 

TALENT PO MAMIE

 

W 1966 roku angielska królowa mogła wręczyć swojej drużynie Puchar Rimeta zdobyty za mi­strzostwo świata głównie dzięki dwóm zawodni­kom: braciom Charlton. Starszy z nich, Jack, nosi klubowe barwy Leeds, młodszy, Bobby, gra w Manchester United.

W górniczych rodzinach walijskich całymi dy­nastiami gra się jeśli nie w rugby to w futbol. Charltonowie z Northumberland wybrali piłkę nożną. Mimo dobrego przykładu: trzech wujków w Leeds i czwartego – słynnego Jacka Milburne z Newcastle, najstarszy z czwórki chłopców, Jack, postanowił zostać policjantem. Wprawne oko łowcy narybku dostrzegło w tym wysokim, metr osiemdziesiąt osiem centymetrów mierzącym piętnastolatku doskonałe zadatki na piłkarza. Przypadek zdarzył, że list zawiadamiający chłopca o przyjęciu do szkoły policyjnej zbiegł się z pro­pozycją wyjazdu do Leeds United. Zwyciężył fut­bol a właściwie perswazja matki, która za mło­dych lat ponoć sama w piłkę grywała! Najpew­niej jednak znęcił go miraż błyskotliwej kariery.

Na boisku przy Elland Road Jack Charlton przeszedł wszystkie szczeble początkującego, a kie­dy doszedł do reprezentacyjnych szlifów... zwątpił w siebie. Może nabawił się kompleksu niższości za sprawą młodszego brata, który zyskał sławę większą niż on? W dodatku, kiedy Don Revie po­jawił się w Leeds niemal pierwszym jego posu­nięciem było wykluczenie Charltona z ekipy za niezdyscyplinowanie i wystawienie „na sprzedaż”. Zagrożony dyshonorem transferu, Jack Charlton wziął się w karby. Osobiste sukcesy zaczęły się w kwietniu 1965 roku, gdy Alf Ramsey powołał go do reprezentacji Anglii na mecz ze Szkocją. Debiut na Wembley był trudną próbą. Po kontu­zji Raya Wilsona i Johnny Byrne’a, ekipa musia­ła grać w dziesiątkę, ponieważ zastępowanie za­wodników było w owym czasie regulaminowo zabronione. Swój pierwszy „wielki” mecz Jack Charlton zakończył jako lewy obrońca! Odtąd miał już na stałe zapewnione miejsce w repre­zentacji kraju, chociaż po niesławnej bijatyce podczas meczu z Walencją w lutym 1966 roku byłby je o mało co stracił. Skończyło się na uka­raniu go przez Angielski Związek Piłki Nożnej grzywną w wysokości osiemdziesięciu funtów.

Dzięki cechom fizycznym – wysokiemu wzro­stowi, długiej szyi i długim nogom, Jack Charl­ton, „Żyrafa”, stał się niedościgły w wyskoku i sztuce odbijania piłki głową. W reprezentacji Anglii na mistrzostwa świata zajmował wiodącą pozycję w linii obrony. Aż do finału grał właści­wie bezbłędnie. Dopiero w decydującym spotka­niu z drużyną NRF popełnił krok nierozważny, który pozwolił Helmutowi Hallerowi strzelić pierwszą bramkę meczu. Widownia na Wembley do dziś ponoć nie wybaczyła mu, że sam nie prze­jął strzału Niemca tylko pozostawił piłkę Gordo­nowi Banksowi.

Bardziej jednak niż wyczerpujący finał mi­strzostw świata na dalszą formę Jacka Charltona wpłynęły rozliczne bankiety i przyjęcia. Każde górnicze miasteczko walijskie fetowało sławnych krajanów. Wreszcie jeden z bardziej wpływo­wych działaczy Leeds postawił Don Reviemu ulti­matum: albo przywoła do porządku roztańczoną „Żyrafę” albo sam zostanie zwolniony!

Po trzydziestu czterech występach międzynaro­dowych zatrzymanie Jacka Charltona w repre­zentacji Anglii na kolejne, meksykańskie mistrzo­stwa świata było sprawą oczywistą. Okazało się, że ten trzydziesty piąty mecz w barwach brytyj­skich, rozegrany z Czechosłowacją, był ostatni. Przyczyna wykluczenia go z listy kandydatów do jedenastki Alfa Ramseya jest warta przypomnie­nia. Nie tkwiła bowiem ani w słabszej formie, ani w jego „starości”, choć miał wówczas trzydzieści pięć lat; Jack Charlton – świetny mówca – był na tyle nieostrożny, że niejednokrotnie pozwalał sobie wyrażać się ostro na temat atmosfery i sto­sunków między graczami. Przed kamerami tele­wizji dokładnie opowiedział o dwóch zawodni­kach, którzy nie taili chęci wykończenia go. Bez­kompromisowe sądy wywołały tylko jeden sku­tek: Angielski Związek Piłki Nożnej zawiesił go w prawach reprezentanta kraju na rok. Praktycz­nie równało się to końcowi międzynarodowej ka­riery starszego z braci Charltonów.

 

PUCHAR STULECIA

 

Mimo nowych, cennych zdobyczy, takich jak ostatni z rozgrywanych Puchar Miast Targowych wywalczony po finale z Juventusem, w honoro­wej gablotce prezesa Leeds zbyt mało było ciągle trofeów krajowych. Ostatnie trzy lata były pełne obietnic. Leeds przez osiem miesięcy na dziewięć sezonu angielskiego przodował w rozgrywkach a na „ostatniej prostej” przegrywał. W 1970 nie­powodzeniem zakończyły się oba finały z Chel­sea, w dodatku Jack Charlton został poważnie kontuzjowany przez Petera Osgooda. 1971 przy­niósł porażkę tym boleśniejszą, że Arsenal w mi­strzostwach wyprzedził Leeds tylko o jeden punkt, podczas gdy nad trzecim w tabeli pecho­wy klub miał aż dwanaście punktów przewagi. 1972 rok zaczął się wręcz fatalnie - niewiarygod­ną wprost przegraną w turnieju o Puchar UEFA oraz karą za niechlubne wydarzenia na Elland Road podczas meczu z Arsenalem. Pierwsze sześć meczy ligowych Leeds musiał rozgrywać na obcych boiskach.

W Leeds mówi się, że klubowi nic nie przycho­dzi łatwo. O Puchar Stulecia też walczył twardo. Najpierw z Bristol Rovers 4:1, Liverpoolem 0:0 i 2:0, Cardiff 2:0, Tottenhamem 2:1, Birming­ham 3:0 i na koniec przed obliczem samej królowej i stoma tysiącami widzów na Wembley – z Arsenalem. I nawet jeśli sprawozdawca „Evening News” napisał, że był to czarny dzień w stu­letniej historii Pucharu Anglii, gdyż mecz byt bardzo słaby, nie wszyscy podzielali ten pogląd.

 

Bieżący sezon jak poprzednie – pełen jest jak najlepszych prognoz. Jedno tylko może psuć dobry humor menażera Don Revie – pieniądze! Leeds, uchodzący za najbogatszy na Wyspie klub, ma trudności finansowe. Właśnie ostatnio musia­no zrezygnować z kupna Asy Hartforda, którego wartość West Bromwich Albion ocenił na sto sie­demdziesiąt pięć tysięcy funtów. Przy takich ce­nach wkrótce żaden klub nie będzie w stanie ze­brać żądanej kwoty. Mówi się już o konieczności tworzenia koncernów, finansujących kluby. Takie opiekuńcze ramię znaczyć będzie nic innego jak zmierzch barwnego świata angielskich klubów.

 

ALICJA PRZYBYLSKA

 

Komentarze  

#1 Makumb 2015-06-22 08:45
Gazeta jest z dokładnie 30 stycznia 1973 roku!
A Tobie Adam należy się najwyższy szacunek za przygotowanie tego materiału!
MOT!

You have no rights to post comments

SKLEP LEEDS UNITED